Nic się nie dzieje pod dachami naszego miasteczka, nie ma demonstracji za, ani przeciw, chyba nikomu się nie chce. Senną atmosferę przerywają paskudne zachowania kierowców, różnych pojazdów, od autobusów po motocykle oraz ich znajomych. Dziś przekroczyłem kawałek prędkości, niewiele, a mimo to wyprzedziło mnie Volvo zamaskowane czarnymi szybami, na zakręcie i podwójnej ciągłej. Widać jechałem jeszcze zbyt wolno, ale za wszelką cenę chcę uniknąć pomnika na środkowym pasie zieleni w postaci krzyża ze zniczami. Nowy dzisiaj zobaczyłem, na dodatek na krzyżu wisiał kask motocyklowy i było pełno zniczy. Już wyrażałem swoją dezaprobatę wobec takich dowodów pamięci i ponownie to muszę zrobić. Ten kraj ma tyle krwi w swojej ziemi, że jak zechcemy w ten sposób udokumentować miejsca tragedii, to trzeba nam szukać dla siebie innego skrawka ziemi do życia. Tu nie ma lepszych, czy gorszych, wszyscy są martwi i wszyscy pozostawili bliskim poczucie tragedii. Jest ziemia święta, gdzie należy czcić zmarłych, a robienie publicznego cyrku jest poniżej ludzkiej godności.
Przez całe życie nie spotkałem żadnej ciepłej Zośki, może za wyjątkiem wtedy początkującej aktoreczki, a dziś gwiazdy z gór. Dzisiejszy dzień zdaje się być potwierdzeniem tej tezy, jest zimno i pochmurnie. Nie chciało mi się wsiadać do samochodu, więc wybrałem się na spacer do centrum piechotą. Pospalam trochę zbędnych substancji, dotlenię płuca (jak wyłowię tlen ze spalin) i może schudnę jakieś dziesięć deko. Nawet zakupów nie robiłem, trzeba przewietrzyć lodówkę z resztek jedzenia, bo w końcu same wyjdą na spacer, odłożyłem na jutro. Ma się ocieplić, kiedyś, wtedy pojadę do lasu zobaczyć, czy może przez zupełny przypadek nie wykiełkowały jakieś grzybki. Na razie jest dwanaście stopni.
Następny zimny ogrodnik i czuje się to na odległość, chociaż słońce świeci jest zimno, tylko dwanaście stopni o tej porze. Pojechałem na zakupy do hipermarketu, jak zwykle w poniedziałek, zrobiłem drobne zakupy i nie chciało mi się spacerować, z powodu tej temperatury. Pokręciłem się pod blokiem i do domu, tu zawsze cieplej, choć kaloryfery nie grzeją. Tylko program dnia nie przewiduje żadnych zajęć, więc nie wiem jeszcze, co będę robił z tym dniem. Jutro zimnej Zośki, temperatura będzie podobna, albo jeszcze niższa, kobiety lubią podkreślić swoje widzimisię. Aby do końca tygodnia, potem będzie lepiej, albo nie.
Przyjdzie taki jeden ogrodnik i narobi zamieszania, rano raptem siedem stopni, co przy wczorajszych dwudziestu kilku, pachnie przymrozkiem. Wczoraj burza obeszła jakoś bokiem nasze miasto i nawet ulewnego deszczu i zapowiadanej wichury nie było. Trochę powiało, trochę popadało i tyle, a zapowiadało się tak groźnie i to nie tylko w telewizorni, która kocha wyolbrzymiać wydarzenia, nie tylko pogodowe. Teraz jest zimnych ogrodników, potem zimnej Zośki, a jak to przejdzie ma być znów ciepło, no i bardzo dobrze. Wyskoczyłem po drobniutkie zakupy i uszy moje potężne zmarzły, więc wróciłem do domu by karmić się programem niewartym nawet grosza, o całym abonamencie nie wspominając.
Jak dwa i dwa jest cztery, tak będzie burza, jest ciepło, a niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami w niecałe pół godziny. Zdążyłem na targ po jabłka i ser góralski mocno wędzony, potem do miasta i do domu, a tylko patrzeć grzmotów. Na dodatek zapowiadają i ostrzegają przed porywistymi wiatrami, czyli pogoda będzie do przysłowiowych czterech liter. Nigdzie się już nie wybieram, a brak słońca powoduje przynajmniej, że nie jest mi żal przebywania pod dachem. Jest w tym wszystkim tylko jedno „ale”, synoptycy nie zawsze mają rację, a w górach pogoda może się zmienić bardzo szybko.
Jedno centrum handlowe, drugie i sklepik na dodatek, tyle musiałem obejść żeby skompletować zakupy. Różnice w cenie dochodzą nawet do trzystu procent, a na niektóre towary wyliczone są z sufitu. Nakupiłem zieleniny na cały tydzień chyba, chociaż odkąd się odchudzamy, to tej strawy idzie znacznie więcej. W końcu i tak nie kupiłem wszystkiego, bo nie mogę dostać dla papuga jego ulubionych kolb, a inne rozpracowuje w parę godzin, niekoniecznie je zjadając. Tłumaczę głupkowi, że nie ma, kryzys w całej Europie, a on fochy stroi, nic nie rozumie i na dodatek mnie dziobnął. Ma ziarenka i inną kolbę, z głodu nie zdechnie.
Łażenie zawsze było moim ulubionym zajęciem, szczególnie w miastach, których nie znam. Pomalutku poznaję to nasze miasteczko, ale peryferie nadal są dla mnie tajemnicą. Pomnę wielogodzinne, poranne i nocne spacery po kilku stolicach dawnych demoludów i nie tylko. Wtedy dopiero poznaje się życie mieszkańców kilkumilionowych aglomeracji, to inne, nie na pokaz w centrum miasta. Ponieważ dziś świeci słońce i jest ciepło, to wybrałem się piechotą na spacerek do miasta, tym razem bez celu, dla czystej przyjemności. Ludzi sporo chodzi po sklepach, bankach i innych miejscach spiesząc się zazwyczaj, a ja ćwiczyłem krok żółwia. Przy okazji obserwowałem różne trendy mody, od szortów po garnitur, białą koszulę, krawat i do tego nieodłączne adidasy. Można i tak.
Pogoda się poprawiła, bardzo bym chciał chociaż trochę zapakować tego słońca, posłać na zimne i deszczowe na ogół wyspy. Nie da rady, nasi dać nie chcą, oni nie przepuszczą, a przewieźć też byłby kłopot ze względu na przepisy unijne, które regulują nawet krzywiznę ogórka. Do lasu się nie wybrałem, nic straconego, przyjdzie pora to nadrobię, a tak naprawdę nie wiem sam, dlaczego siedzę w domu. Rano zafundowałem sobie spacerek na targowisko i do centrum po jakieś zakupy, potem pojechałem do hipermarketu, a w końcu wróciłem odruchowo pod dom. O poranku było tylko dziesięć stopni, nie chciałem ryzykować zmarznięcia, więc ubrałem letni płaszczyk. Ze zgrozą patrzyłem na dzieciaki, które w samych koszulkach z krótkim rękawem maszerowały chyba do szkoły. Młodość grzeje, a mnie to już minęło, niestety.
Miało być, a nie ma, jak ktoś nie wie, o czym mowa, to chodzi o słoneczną pogodę zapowiadaną na pewnym portalu. Jest chłodno, szaro, mgliście i w sumie nieciekawie, choć przez chmury przeziera coś, co przypomina promienie słoneczne. Z wyprawy do lasu nici, przynajmniej na razie, ale jak jutro będzie ładniej, to może uda się wyskoczyć. Właśnie wróciłem z zakupów i biura obsługi klienta pewnego operatora telefonii komórkowej, w którym przedłużam umowę. Trzeba jednak mieć zaufanie do tych, z którymi takie sprawy się załatwia, bo można zostać perfidnie wykorzystanym. Ja od lat takie sprawy załatwiam z jednym i tym samym młodym człowiekiem, który mi doradzi, pokaże, załatwi wszystko w sposób uczciwy i sumienny. W przypadkowym punkcie zostałem poinformowany o innych możliwościach, droższych telefonach o znacznie uboższych funkcjach. Równie doskonały, a może nawet lepszy był, (bo chyba już zlikwidował firmę) specjalista od komputera, który zawsze służył mi pomocą w potrzebie. Nie ma ludzi niezastąpionych, ale są tacy, bez których trudno się obyć (zasłyszane).
Zimno się zrobiło znienacka, choć z zapowiedzią, a w nocy polało nawet dosyć skutecznie. Zakupy w dobrej atmosferze klimatycznej, bo na półkach brak niektórych towarów, co może całkiem skutecznie zepsuć humor. Na szczęście w dwóch sklepach można było dzisiaj skompletować potrzebne artykuły i na tydzień spokój. Po sobotnio – niedzielnej nocy odpoczywam, głównie emocjonalnie i nie tylko ja, sądząc po komentarzach w Internecie. Jutro słońce, może wybiorę się do lasu.